Nowa Zelandia śladami Władcy Pieścieni! cz.1 - Południowa Wyspa

Nowa Zelandia, państwo składające się z dwóch głównych wysp: północnej i południowej. Ziemia jezior, gór, wulkanów, gejzerów, gorących źródeł położona na Pacyfiku tak mogę ją teraz opisać. Jeszcze kilka tygodni temu nie miałam o niej zbytniego pojęcia.

Dzień przed wylotem nie wiedzieliśmy , jak długo zamierzamy w tym kraju zostać. Planowaliśmy lecieć bez biletu powrotnego. Jak się okazało, musieliśmy go kupić, ponieważ nie można przekroczyć granic Nowej Zelandii bez jego posiadania! Wow! Lepiej to wiedzieć późno niż za późno;p Postanowiliśmy, więc spędzić w niej tylko 10 dni i w ostatniej chwili kupiliśmy bilet do Sydney, który miał udowadniać, że nie planujemy zostać w Nowej Zelandii jako nielegalni imigranci.
Na 7 dni mieliśmy zarezerwowaną relokację kamperem z Queenstown na południowej wyspie, do Auckland na północnej. Biorąc pod uwagę, jak wysokie są ceny noclegów, czy transportu, był to nasz sposób na tanią, bardzo intensywną wycieczkę objazdową. Po siedmiu dniach w drodze planowaliśmy zostać w Auckland dwie noce, aby zobaczyć miasto i trochę odpocząć.

Wyprawę zaczeliśmy od wyspy południowej, która według wielu osób jest wyspą piękniejszą, bardziej dziką, mniej zaludnioną. Jest ona zamieszkiwana przez mniej niż 30% populacji całego kraju. Gęstość zaludnienia oprócz kilku miasteczek jest mniejsza niż 1 osoba na km2. Nie ma na niej żadnych autostrad, drogi wyglądają podobnie do polskich, z tym że większość z nich biegnie w górach.
Wylądowaliśmy w Queenstown ok. godziny dwudziestej. Kontrola na lotnisku była bardzo szczegółowa. Zostaliśmy wypytani, co będziemy robić, jak długo zostajemy, dokąd jedziemy później. Pierwszy raz spotkaliśmy się z psem, który wąchał bagaże w poszukiwaniu jedzenia. Musieliśmy odkazić buty w virkonie (silny preparat dezynfekcyjny), ponieważ chodziliśmy w nich w parkach w Australii. Byliśmy nią trochę zaskoczeni. Gdy udało nam się przez nią przebrnąć, wybraliśmy się na trekking 6-kilometrową trasą wzdłuż jeziora Wakatipu do naszego hostelu. Temperatura powietrza była dużo niższa niż w Australii, ok. 20 stopni.

A tak wyglądało lotnisko. Najmniejsze, na jakim byliśmy:

Jezioro Wakatipu:

Po dotarciu do hostelu ok. godziny 23-ciej szybko zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się na kolację w klimatycznej knajpie zwanej The Cow - Krowa, poleconej nam przez znajomego. Wystrój przypominał starodawną chatkę farmera;p

Następnego dnia rano odebraliśmy nasz kamper, który był dużo starszy i gorszy niż kampery, które dostawaliśmy w Australii. Po wyruszeniu okazało się, że zapalniczka nie działa i nie możemy nic ładować. Pokrzyżowało nam to trochę plany, ponieważ musieliśmy udać się do mechanika. W związku z tym ominęliśmy okolice Queenstown (które planowaliśmy zwiedzić) i pojechaliśmy prosto do miejscowości Wanaka, aby zdążyć przed zamknięciem zakładu. Udało się, naprawiliśmy usterkę i mogliśmy zatrzymać się na grilla nad jeziorem Wanaka.

Nasz kamper w środku:

Miejscowość Wanaka podobnie jak Queenstown słyną z organizowania ekstremalnych przeżyć dla odwiedzających. Skoki na bungee, rafting, loty w najpiękniejsze trudno dostępne miejsca, skoki spadochronowe itp. Wystarczy posiadać tylko odpowiednie zasoby gotówki no i czas. Zdziwiliśmy się, jak dużo backpackersów tu podróżuje, co najmniej tyle, co w Australii a może nawet i więcej. Ludzie ci często pracują na farmach w zamian za nocleg i wyżywienie. Co ciekawe spotkaliśmy nawet autobusy przerobione na kampery! Tego w Australii nie widzieliśmy.

Jezioro Wanaka:

Wieczorem dojechaliśmy do kempinku przy jeziorze Pukaki z niezwykłym turkusowym kolorem wody. Kolor ten powstaje podobno dzięki drobinkom skał w wodzie, które zwane są mączką lodowcową. Koło jeziora jest góra Cooka - najwyższy szczyt Nowej Zelandii mierzący 3724 metry. Niestety nie mogliśmy na nią podjechać, gdyż droga tam prowadząca (jak i kilka innych, którymi chcieliśmy jechać) była na czarnej liście dróg. Według umowy wynajmu nie mogliśmy się po nich poruszać.

Widoki w drodze do jeziora Pukaki:

Filmik jezioro Pukaki:

W czwartek rano pojechaliśmy do miejscowości Twizel, aby zobaczyć Pelennor Fields z Władcy Pierścieni. Miejsce, w którym kręcone były główne sceny walk z trzeciej części- Powrotu Króla. Wejście na te ziemie wymaga wykupienia wycieczki, ponieważ jest to ziemia prywatna, jednak płot znajduje się przy drodze, więc można je zobaczyć bez płacenia :) Wbrew pozorom lokalizacje, w których kręcono sceny do filmu, nie są łatwe do znalezienia, większość z nich nie jest oznakowana. Musieliśmy korzystać z różnych źródeł, aby do pewnych miejsc trafić, m.in. używaliśmy tej mapy. Niestety na południowej wyspie sporo z nich nie jest łatwo dostępnych, do części można dostać się tylko helikopterem! Na północnej wyspie jest to dużo łatwiejsze i tam odwiedziliśmy więcej miejsc występujących na filmie:)

Pola Pelennoru w powieści są polami otaczającymi stolicę Gondoru. Armia ciemności próbuje ją zdobyć podczas wielkiej bitwy, ale ostatecznie jej się to nie udaje.

Pola Pelennoru:

Bitwa na polach Pellenoru z filmu:

Następnie skierowaliśmy się dalej na północ w kierunku Mount Sunday (lub inaczej Mt. Pott), miejsca, w którym zobrazowano Edoras. Aby tam się dostać, musieliśmy złamać warunki naszej umowy z firmą wynajmującą nam kampera. Oficjalnie mogliśmy jeździć tylko po bitumicznych (asfaltowych) nawierzchniach, jednak jedyny dojazd do tego miejsca była drogą szutrową (kamienistą) - 40 km w jedną stronę;p Ale udało się, dotarliśmy tam, warto było. Samo miejsce docelowe było magiczne, ale też widoki podczas całej trasy.

Edoras w powieści jest stolicą Rohanu (Śródziemia). Peter Jackson wybrał dolinę Rangitata na zekranizowanie tego miejsca.

W drodze do Edorasu:

Walczące byki:

Filmik z owcami blokującymi drogę:

Edoras w filmie:

Wieczorem zmęczeni drogami górskimi zatrzymaliśmy się na nocleg w jakiejś dolinie pośrodku gór w miejscu zwanym Arthur's Pass. Jest to jedna z trzech dróg przebiegających przez Alpy Południowe, położona najwyżej z trójki, na wysokości 920 metrów. Zaczęło padać, było mega zimno i tak już pozostało do następnego poranka, kiedy to wyruszyliśmy w dalszą drogę. Rzeczywiście odległości między osadami ludzkimi są ogromne, czasem jechaliśmy 3 godziny, a jedyne co było na drodze, to maleńkie miasteczko. Przy Arthur's Pass przez 6, może więcej godzin, nie było żadnych osad. W Nowej Zelandii żyje 4,4 mln ludzi, w Polsce 38 mln. Gęstość zaludnienia wynosi ok. 17 osób na km2, w Polsce 123 osoby na km2. Jak już wspomniałam, większość populacji zamieszkuje wyspę północną.

Całą drogę przez góry odbyliśmy w wielkich ulewach z chwilami przerw. Aby w końcu dotrzeć na zachodnie wybrzeże, gdzie morze tasmańskie spotyka się z górami. Niestety pogoda nie zachwycała. Na zachodnim wybrzeżu znajdują się dwa lodowce Fox i Franz Josef, my nie mieliśmy czasu, aby je zobaczyć.

Po południu zaczęło się rozpogadzać, a my dotarliśmy do miejscowości Nelson. Było to największe miasto, jakie widzieliśmy na południowej wyspie mające 50 tysięcy mieszkańców. Trafiliśmy na rodzinny festyn na plaży, co sprawiło, że panowała tam wakacyjna, bardzo przyjemna atmosfera. Dodatkowo pozytywnym zaskoczeniem był darmowy kemping przy porcie, zorganizowany przez miasto, z toaletami i darmowym wifi. Ważna uwaga na temat Nowej Zelandii, zasięg sieci komórkowych jest tragiczny. W większości miejsc go nie było. Nawet w Birmie był dużo lepszy internet:p

Po dłuższym spacerze po wydmach i plaży udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Trafiliśmy tam na sklep, w którym powstał pierścień Bilba i Froda:)

Centrum Nelson:

Pierścień do filmu został zaprojektowany przez Jensa Hansena w miasteczku Nelson na południowej wyspie. Stworzył on piętnaście propozycji i jedna została wybrana do filmu. Co ciekawe ze względu na potrzebę różnych rozmiarów pierścienia w różnych scenach tak naprawdę było ich czterdzieści. Żaden z nich nie miał napisów, które pojawiają się na filmie. Wszystkie one były dodane komputerowo. Fani mogą kupić certyfikowane repliki pierścienia (!) w tym sklepie. Widzieliśmy je także w sklepie w Queenstown.

W sobotę rano rozpoczęliśmy podróż w kierunku miejscowości Picton, z której mieliśmy prom na północną wyspę. Po drodze zatrzymaliśmy się na kilku punktach widokowych, z których były olśniewające krajobrazy.

Fjordy w drodze do Picton:

Po przejechaniu ponad tysiąca kilometrów, trzech dniach podróży dojechaliśmy na prom, którym dostaliśmy się na północną wyspę.

Co ciekawe, jedną z głównych przyczyn wypadków na nowozelandzkich drogach jest rozkojarzenie. Ciekawe dlaczego?;p Oboje kierowaliśmy i oboje mieliśmy problem, żeby skupić się na drodze, zamiast rozglądać się dookoła!:)

Wyspa Północna wydała nam się równie interesująca, niedługo opiszę co udało nam się tam zobaczyć:)!